Sobota, 16 grudnia 2017. Imieniny Albiny, Sebastiana, Zdzisławy

Podziel się:

Podziel się:

Każda fotografia jest spotkaniem

Rozmawiamy z Markiem Witanowskim, fotografikiem, którego wystawę prac „Bella znaczy piękna” można oglądać w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Lidzbarku Warmińskim.

Od kiedy interesuje się Pan fotografią? W jakich okolicznościach pojawił się w Pana życiu aparat?

Fotografuję od ponad piętnastu lat. Wtedy znalazłem na strychu u znajomego niemiecką Prakticę i przekonałem go, że warto by było aparat wyciągnąć, żeby się nie kurzył. Pierwsze zdjęcie, jakie nim zrobiłem wyszło bardzo ciemne. Wówczas pan Balukiewicz poradził mi, żeby następnym razem użyć światłomierza.

Jak wydobywa Pan w kobietach tę finezję, którą widać chociażby na wystawie „Bella znaczy piękna”. Ma Pan jakiś własny sposób na dobry portret kobiety?

Trudne pytanie. Ale sposób polega na technice, jaką stosuje się przy fotografii przyrody. Gdzieś w lesie trzeba się ukryć, zakamuflować, przyczaić, wybrać odpowiedni moment. W wypadku fotografii kobiet sztuka opiera się też na umiejętnym przyglądaniu się.

Gdzie się Pan ukrywa czekając z aparatem na kobiety?

Ja się nie ukrywam, staram się tylko wtopić w tło. Kobieta się przyzwyczaja do tego, że gdzieś krążę wokół. Porozmawiam z nią, stworzę pewien klimat. Przeprowadzamy zwykłą konwersację gdzieś w kawiarni, nagle widzę ciekawe światło, świeże kolory, więc wyciągam aparat i pytam, czy będzie to przeszkadzało, jeśli zrobię jej kilka zdjęć.

Artyści fotograficy mają swoje ulubione motywy, na których się skupiają. A jak to jest u Pana?

Mam dwa motywy. Pierwszy to portret człowieka, zwłaszcza kobiety, a drugi to motyw starych, opuszczonych domów czy wielkich zakładów produkcyjnych. Lubię po takich miejscach chodzić i szukać tych, które mnie inspirują. Bawię się światłem, które przechodzi przez stare okna. Podoba mi się sceneria opadających sufitów, rozwalających się schodów zwłaszcza gdy w kontraście do tego widoku umieści się jeszcze kobietę.

Czego trzeba, aby zdjęcie było udane?

Myślę, że trzeba takiego specjalnego wyczucia chwili. Bycia obecnym w określonym miejscu o odpowiedniej porze. Wtedy więcej nie trzeba, wystarczy tylko przyłożyć aparat. Ansel Adams powiedział kiedyś, że jeśli się zrobi w ciągu roku dwanaście dobrych zdjęć, to powinno się być dumnym. Ale nie wspomniał, ile tysięcy trzeba zrobić, żeby wydobyć z nich udaną dwunastkę. Praca polega na tym, żeby ciągle robić, nigdy nie przestawać i wyławiać z tego, co się zrobiło, perły.

Zajmuje się Pan fotografią artystyczną. Nigdy nie ciągnęło Pana, by pójść w innym kierunku, jak choćby fotografia reportażowa, w której specjalizował się zmarły niedawno Krzysztof Miller?

Ciągnęło. Byłem na spotkaniu z Millerem w Olsztynie i nie powiem, żebym nie był pod wrażeniem jego prac. Nie dość, że zrobił świetne reporterskie zdjęcia, to jeszcze jak sobie pomyślę, że na wojnie żołnierze mają kamizelki, mają broń, a on wychodzi tylko z aparatem… Niesamowite wrażenie.

Czyli reportażowe zdjęcia też ma Pan w swoim dorobku?

Coś tam próbowałem zrobić, ale to nie są rzeczy, z których byłbym dumny. Zdecydowanie przydałby się inny sprzęt do tego typu zajęcia.

A jakim aparatem Pan fotografuje?

Pracuję lustrzanką Sony Alpha 300. To jest dość stary aparat, ale służy dobrze, wyciskam z niego ile się da i nie psuje się.

Preferuje Pan fotografię czarno-białą czy kolorową?

Jeśli chodzi o wydźwięk artystyczny, to opowiadam się za czarno-białą, a za kolorową ze względów fotoreporterskich. Czasem widzę w kolorze, a czasem czuję, że kolor coś psuje.

Czy fotografia ma jakąś przewagę nad innymi sztukami? Czy można powiedzieć, że fotografia odkrywa przed Panem coś, do czego by Pan nie doszedł inaczej?

To nie kwestia przewagi. Widzę to w inny sposób. Chodzi o to, żebym utrwalił tę chwilę, która mi się w tym momencie podoba, działa na moją wrażliwość. W fotografii uchwycenie tego interesującego momentu czasami znika w trakcie sekundy i wtedy jesteśmy zdegustowani naszą powolnością, opieszałym działaniem sprzętu.

Chciałoby się powiedzieć: Chwilo trwaj!

Tak. Żeby udało się tak to wydłużyć jak w spowolnionym filmie, byłoby prościej. Ale się tak nie da. Jednak gdy się dość cierpliwie otacza temat i próbuje z każdej strony, gdzieś blisko do takiego ideału można dojść.

Idąc fotografować ma pan zaplanowane, co chce osiągnąć czy też czeka Pan na niespodziankę?

Analogicznie mógłbym to porównać do spotkania z drugim człowiekiem. Niby się wie, o czym chce się porozmawiać, niby wiadomy jest temat rozmowy, ale przy okazji wychodzą spontanicznie niespodzianki. Zaskoczeni jesteśmy, że zdarzyło się to i owo.

Ma Pan swoich mistrzów? Kogo Pan podpatruje ze znanych fotografików?

Staram się przyglądać wielu osobom, nie mam tendencji, aby trzymać się jednej. Podziwiam prace Ansela Adamsa, Annie Leibovitz i wspomnianego wcześniej Krzysztofa Millera. Warto podglądać fachowców, ale ważne jest by szukać własnego klucza do tego, co chce się pokazać, co chce się znaleźć w rzeczywistości. Aby moja fotografia była takim subiektywnym równaniem.

Wojciech Karolonek

/Wszystkie zdjęcia: Marek Witanowski. Prawa autorskie zastrzeżone/
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Wojciech
Oceń artykuł:

(0)