Niedziela, 25 sierpnia 2019. Imieniny Belii, Ludwika, Luizy

Podziel się:

Podziel się:

Nareszcie jestem na emeryturze

Publikowaliśmy wspomnienia lidzbarczanki, Krystyny Tomaszewskiej, którą wojenne losy przywiodły na Warmię. Dowiedzieliśmy się, jak wyglądał burzliwy czas powojennych losów naszego kraju z perspektywy mieszkanki małego prowincjonalnego miasteczka. Czas na czasy bardziej współczesne, które z niezwykłą spostrzegawczością opisuje pani Krysia.

Nareszcie jestem na emeryturze. Pomyślałam sobie, że teraz wreszcie będę miała dużo czasu na wszelkie zaległe prace domowe i zobowiązania, że zajmę się ogrodem, że będę wyjeżdżać na wycieczki, wczasy... . Wstyd się przyznać, że do tej pory mimo możliwości, nigdy nie byłam na wczasach, natomiast na wycieczkach byłam kilka razy. Zawsze były ważniejsze sprawy rodzinne do załatwienia, a na przyjemności, tłumaczyłam sobie, to jeszcze trochę poczekam. W końcu nadeszła chwila na realizację swoich pragnień i marzeń.

W pierwszym rzędzie postanowiłam wybrać się kolejny raz w podróż na Białoruś i odwiedzić swoją rodzinę ze strony mamy, którzy zamieszkują w miejscowości Żabinka położonej około 30 km od miasta moich urodzin Brześcia nad Bugiem. Mój mąż nie był zachwycony, ale zbytnio nie protestował akceptując mój wyjazd.

Odwiedziny odwiedzinami, ale był to również przyczynek do zahandlowania towarami, które można było kupić w Polsce, a których w ZSRR brakowało i tym sposobem zdobyć dodatkowe ruble. Za nie z kolei mogłam kupić potrzebne rzeczy, których brakowało u nas.

Walutę można było wymienić w banku ale tylko w określonej ilości wystarczającej na jakieś drobne zakupy. Wyjeżdżać można było głównie na zaproszenie rodziny, która zobowiązywała się utrzymać daną osobę na czas określonych pobytu. Chcąc nie chcąc wyjeżdżający zmuszeni byli czymś zahandlować, żeby zdobyć potrzebną kasę.

Planowałam pobyć tam około dwóch tygodni. W tym czasie gościła u mnie znajoma Luda Sztachnowska, której kończył się czas pobytu w Polsce. Żeby wyrobić jej zaproszenie wjazdu do Polski we wniosku podałam, że jest to moja kuzynka. Postanowiłam razem z nią wybrać się w podróż na Białoruś tym bardziej, że ona również mieszkała w Żabince. Sprzedała cały towar jaki przywiozła na handel i zrobiła zakupy, więc nic nie stało na przeszkodzie wspólnego wyjazdu. Zawsze jest raźniej i bezpieczniej jechać we dwójkę.

Przejście graniczne w Terespolu i Brześciu przekroczyłyśmy bez żadnego problemu, celnicy po obu stronach granicy wcale nas nie kontrolowali. Do domu Ludy dotarłyśmy późnym wieczorem.

Cały pobyt za granicą już wcześniej sobie zaplanowałam ze szczegółami. Najpierw odwiedziłam swoich kuzynów, których szczerze mówiąc, zaskoczyłam swoją wizytą. Wyjaśniłam, że zaproszenie przywiozła mi Luda w rewanżu zapraszając do siebie, również jako kuzynkę. Zresztą wszyscy tak robili, bo innej możliwości nie było, chyba że ktoś załapał się na zorganizowaną wycieczkę. Z takich korzystali najczęściej zasłużeni partyjniacy, lecz w każdym przypadku nie wolno było oddalać się nigdzie na własną rękę. Każdy przyjeżdżający natychmiast musiał się zameldować na milicji i oni od razu ustalali obszar w jakim można się poruszać. I tak nikt nie przestrzegał tych zakazów. Jeździło się udając w pociągach Rosjan, rozmawiając po rosyjsku, albo zupełnie nie wchodząc w żadną dyskusję z współpasażerami.

Rzeczy jakie przywiozłyśmy częściowo sprzedałyśmy już na drugi dzień, bo pomogli nam znajomi i znajomi znajomych, którzy szybko zawiadomili, że jest towar do kupienia przywieziony z Polski.

Następny dzień przeznaczyłyśmy na zakupy i zwiedzanie. W tym celu pojechałyśmy pociągiem do Brześcia. W czasie mojego pierwszego pobytu w tym mieście nie wszystko udało się zwiedzić, postanowiłam bardziej dokładnie przyjrzeć się kochanemu miastu mojej mamy. Muszę przyznać, że jest to bardzo piękne miasto. Pierwszy raz spotkałam się z tak szerokimi dwukierunkowymi ulicami, gdzie w środku między nimi ciągnęły się w nieskończoność zadrzewione bulwary spacerowe. Ulice te przecinały się w większości pod kątem prostym i były wybrukowane, a chodniki wyłożone płytką chodnikową, zabudowane po obu stronach kamienicami, w większości 2,3 piętrowymi. Na parterach znajdowało się sporo sklepów. W całym mieście były również duże obiekty handlowe w których można było kupić wszystko – przysłowiowe mydło i powidło. Najbardziej byłam zbulwersowana tym, że obok artykułów spożywczych sprzedawano naftę, jakieś smary i inne temu podobne rzeczy. Podłogi były w większości drewniane pociągnięte pyłochłonem. Przez to wszystkie te zapachy mieszały się ze sobą powodując trudny do określenia, ale bardzo przykry zapach. Tak było prawie we wszystkich sklepach. Na początku myślałam, że tak jest tylko w Żabince, ale okazało się, że i w dużych miastach jest tak samo.

Stoiska z mięsem i wędlinami również mnie zaskoczyły, bo nie było żadnych wędlin do wyboru. Wisiały jakieś ze dwa gatunki kiełbas, które wyglądały nieciekawie nie ciekawie, a jeśli chodzi o mięso wieprzowe czy wołowe, to było tylko sprzedawane w formie rąbanki; w ogóle nie pokrojone na poszczególne części. Nie można było kupić np. schabu lub łopatki, ale za to słonina była wspaniała, gruba na ponad 10 cm! Solona, paprykowana, marynowana... do wyboru, do koloru. Nie brakowało też kurczaków. Jeśli chodzi o ryby i wyroby z nich, to byłam zachwycona, bo wybór był olbrzymi. Od słodkowodnych do morskich i takich, których w żadnym naszym sklepie nie spotkałam. Dużo było też kawioru czerwonego i czarnego. Bardzo smaczne były także wyroby mleczarskie, począwszy od serów, masła i śmietany. Najbardziej jednak smakował mi chleb z prawdziwego zboża, bez żadnych ulepszaczy, razowy, sitkowy, czy biały. (CDN).
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Kamil Onyszk
Oceń artykuł:

(0)