Wtorek, 25 września 2018. Imieniny Aureli, Kamila, Kleofasa

Podziel się:

Podziel się:

Wszędzie były kołchoźniki, ale my mieliśmy radio

Władza miała na oku nielicznych posiadaczy odbiorników radiowych, a propaganda sączyła się z sieci podłączonych przewodami głośników. Informacje i zachodnia muzyka były zabronione, a młodzież spotkana po godzinie 20-tej była legitymowana przez nauczycieli i milicję. Przeczytajcie kolejną część wspomnień Krystyny Tomaszewskiej, która kończy właśnie szkołę zawodową.

W tym czasie było niewiele możliwości na jakiś odpoczynek i rozrywkę, a szczególnie w małych miasteczkach na prowincji. Oprócz kina i zabaw w każdą sobotę, które latem odbywały się na świeżym powietrzu koło domu kultury, a zimą w dużej sali, gdzie później mieściła się restauracja Kryształowa, nic więcej się nie działo. Była jeszcze kawiarenka Pszczółka, gdzie czasami przygrywała orkiestra, ale ten lokal był wyłącznie dla dorosłych. Muszę zaznaczyć, że ucząca się młodzież do 18 roku życia mogła przebywać na mieście tylko do godziny 20-tej. Każdy z nauczycieli czy milicjantów miał obowiązek skontrolować dziecko czy młodzieńca co robi o tak późnej porze poza domem. Później wprowadzono noszenie tarcz na rękawie, które identyfikowały do jakiej szkoły dziewczyna czy chłopiec uczęszcza. Był także obowiązek noszenia mundurków, a w szkołach średnich również czapek. Wszyscy w technicznych szkołach zawodowych nosili brązowe aksamitne czapki z czarnym daszkiem, udekorowane pomarańczowym sznurem. Bardzo lubiłam nosić tę czapkę. Inne szkoły miały inne kolory czapek, więc nie było trudności z identyfikacją.

Od czasu do czasu szkoły, w celu pozyskania dodatkowych funduszy, organizowały w swoich aulach zabawy taneczne, ale tylko dla dorosłych. Najczęściej w okresie karnawału. Młodzież nie miała praktycznie miejsca, gdzie mogła się w swoim gronie bawić. Zostały jedynie prywatki, a potańczyć to można było dopiero, gdy pojawiły się w sprzedaży adaptery i radia, z których można było puszczać muzykę. Ja miałam szczęście, bo w naszym domu było radio.

W całym mieście była rozprowadzona sieć głośników przez które leciały wiadomości i muzyka, ale to wszystko było sterowane ze studia przez operatora. Puszczał on to, co chciał i zgodnie z wytycznymi PZPR. Oczywiście informacje były retransmitowane, ale tylko te, które były podawane w polskim radiu. Muzyka również tylko ta, która była zaakceptowana przez władze. Każdy mógł sobie taki głośnik zainstalować. Nazywany był ”toczką” lub kołchoźnikiem. Żadne nowe trendy w muzyce, które powstały na „zgniłym zachodzie” nie były oczywiście transmitowane, dlatego posiadacze radioodbiorników byli w komfortowej sytuacji, bo mogli posłuchać wiadomości w języku polskim z Londynu, a później z Wolnej Europy. Oczywiście w tajemnicy. Muzyki słuchało się ze stacji Radio Luksemburg. Władze doskonale wiedziały kto posiada odbiornik radiowy i ci byli na celowniku, czy aby zasłyszanych ze stacji wiadomości nie przekazują innym . W przypadku namierzenia takiego delikwenta, natychmiast zajmował się nim urząd bezpieczeństwa. Skutki były bardzo bolesne.

W naszym domu mieliśmy sąsiada, który mieszkał z całą rodziną na piętrze, a stosunki między nami były bardzo dobre. Mój ojciec wiele razy zapraszał go, aby posłuchał wiadomości z zagranicy, a ten zawsze bardzo chętnie korzystał z zaproszenia, pomimo krytycznych uwag dotyczących obecnej władzy, jakie wygłaszał tata. Nie powiedziałam, że ten sąsiad należał do Urzędu Bezpieczeństwa. Więc tata krytykował władzę wprost do ucha, jak by nie było ubeka, i nigdy nie były wyciągane w stosunku do niego żadne konsekwencje. Czasami zastanawiam się dlaczego. Może stosował zasadę cygańską, że gdzie cygan mieszka tam nie kradnie, albo uważał, że ojciec nie zagraża władzy ludowej, bo i tak wszystko o nim wie? A może było mu na rękę, że mógł posłuchać co o rządzie myślą inni?
Dwa lata szkoły zawodowej minęły nie wiadomo kiedy. Zbliżały się egzaminy końcowe i koniec edukacji na tym etapie. Pytanie, co dalej? Dalsza nauka, czy praca? W moim przypadku niestety praca.

Mama sama utrzymywała naszą czteroosobową rodzinę. Ojciec cały czas chorował, a w tym czasie nikt nie otrzymywał renty czy emerytury, więc sytuacja materialna była nie najlepsza. Tata, gdy był w domu pomiędzy pobytami w szpitalach i sanatoriach, starał się jakoś ulżyć mamie w tym codziennym trudzie i częściowo wykonywał prace domowe. W takiej sytuacji musiałam wspomóc rodzinę i pójść do pracy.

Otrzymałam świadectwo ukończenia Zasadniczej Szkoły Zawodowej z wyuczonym zawodem elektromonter budowlany.
Zanim to jednak nastąpiło trzeba było zorganizować przyjęcie pożegnalne z kolegami, koleżankami i kadrą nauczycielską. Ponieważ byłam gospodarzem klasy zarządziłam zebranie klasowe, zapraszając jednocześnie naszego wychowawcę pana Rucińskiego i dyrektora szkoły pana Gączowskiego. Przedstawiłam swoją propozycję zorganizowania części nieoficjalnej, nie angażując w to naszych rodziców. (CDN)

Krystyna Tomaszewska

fot. Krystyna w czapce jakie nosili uczniowie technicznych szkół zawodowych
archiwum prywatne
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Kamil Onyszk
Oceń artykuł:

(0)