Wtorek, 23 października 2018. Imieniny Edwarda, Marleny, Seweryna

Podziel się:

Podziel się:

Musiałyśmy radzić sobie same

Zachęcamy do przeczytania kolejnej części wspomnień Krystyny Tomaszewskiej. Dowiecie się jak wyglądało dzieciństwo w powojennej Polsce, które pełne było obowiązków i społecznej niesprawiedliwości. Dzisiaj wszystko wygląda inaczej...

Ojciec z delegacji wrócił z zapaleniem płuc. Po wyleczeniu okazało się, że jest bardziej chory niż się spodziewaliśmy, bo stwierdzono u niego gruźlicę, która w pierwszy rzędzie wymaga leczenia szpitalnego, a następnie sanatoryjnego.
Wspominałam wcześniej, że zaraz po przyjeździe do Lidzbarka Warmińskiego ojciec zajmował się szewstwem. Warsztat prowadził przez około 3 lata. Wtedy zaczął się okres, kiedy władze wszelkimi sposobami zaczęły niszczyć prywatne warsztaty i wszelką inicjatywę prywatną obywateli. Wszystko musiało być państwowe. Najlepszą metodą było zwiększenie podatków i dołożenie takiego domiaru podatkowego, aby nie byli w stanie z niego się wywiązać, no i mięli rację. W tym czasie wiele warsztatów padło i uległo likwidacji. W takiej sytuacji znalazł się także mój ojciec i z tego powodu musiał szukać innego zajęcia. Zatrudnił się w melioracji, bo tam było największe zapotrzebowanie i dość dobre płace. Wiązało się to z trudnymi warunkami bytowymi. Pracownicy podczas delegacji mieszkali w barakowozach, praktycznie bez żadnych wygód i musieli pracować na powietrzu w różnych warunkach atmosferycznych. Nic dziwnego, że organizm ojca nie wytrzymał takiego trybu życia, tym bardziej, że jeszcze przed wojną miał problemy z płucami, kiedy musiał zrezygnować z grania w orkiestrze wojskowej.
Cały obowiązek utrzymania rodziny i wychowywania dzieci spadł na moją mamę, a ja jako najstarsze dziecko musiałam jej w tym pomóc. Wobec takiej sytuacji mama zatrudniła się w gospodzie jako szefowa kuchni. W tym zawodzie miała już dobre doświadczenie z okresu swojej młodości i umiała kierować podwładną sobie grupą ludzi.
Całe szczęście, że istniały już żłobki i przedszkola. To też było sprytnie zaplanowane na wzór rosyjski, żeby wszystkie kobiety poszły do pracy, a dzieci były wychowywane przez różne ośrodki państwowe według z góry nakreślonego planu laicyzacji. W środkach masowego przekazu agitowano kobiety do nauki i pracy w typowo męskich zawodach. Wołano np. kobiety na traktory, czy kobiety do pracy na wielkie budowy do hut. Dla mnie wówczas takie hasła wcale wtedy nie wydawały się dziwne, myślałam, że to jest normalne i tak musi być, przecież ciągle mówiono o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn.
Patrząc zaś z drugiej zaś strony, była to szansa dana kobietom, aby mogły sobie radzić, gdy znalazły się w trudnych warunkach i musiały zadbać same o swoje rodziny, tak jak w sytuacji, w której my się znaleźliśmy.
Praca mamy była dwuzmianowa. Pierwsza zmiana trwała od godz.6 rano do 14-tej. Wtedy ja musiałam wstać wcześniej, żeby ubrać braci. Potem idąc do szkoły wiozłam w wózeczku Leona, a Bogdana prowadziłam za rękę. Jednego po drodze zostawiałam w żłobku, a drugiego w przedszkolu. Mama odbierała ich o godz. 16. Gdy pracowała na drugą zmianę tj. od 14 do 22, było odwrotnie. Mama rano prowadziła braci, a ja idąc ze szkoły do domu ich zabierałam. Później musiałam się nimi zająć do jej powrotu, tj. wyjść z nimi na spacer, nakarmić, wykąpać i o godz.19 położyć spać.
Ojca w domu prawie nie było, bo cały czas się leczył i przebywał w szpitalu, albo sanatorium. W tym czasie choroby płuc ciężko było wyleczyć. Musiałyśmy sobie same radzić. Mama oprócz pracy zawodowej musiała wykonać wszystkie czynności i prace domowe, mnie już nimi nie obciążała. Dodatkowo hodowała w chlewiku kury i świnki. Mięsa i wędlin w domu nie brakowało, natomiast obiady przynosiła tylko dla mnie z gospody, bracia mieli wyżywienie w żłobku i przedszkolu.
Przez okres nauki w szkole podstawowej nawiązały się nowe nami przyjaźnie i oprócz Brygidy zaprzyjaźniłam się z Elą S., Mirką D., Lidką S. i Lalką R.
Kończyłam 7-klasę i powstało pytanie, co dalej z moją edukacją? Bardzo chciałam iść do Liceum Ogólnokształcącego. Nie byłam prymusem, lecz nauka nie sprawiała mi większych trudności, a moja średnia ocen wynosiła 4,6. Kierownik szkoły oświadczył mojej mamie, że mnie nie poprze, bo nie dam sobie rady, a jego opinia była bardzo ważna i decydująca. Sądzę, że nie tylko moje wyniki były tego przyczyną - mama nie była członkiem partii i nie udzielała się społecznie. Starała się po prostu zapewnić nam byt materialny. To nie oceny były przyczyną, tylko status społeczny, bo do liceum dostały się koleżanki, które miały dużo gorsze oceny ode mnie. Zaproponowano mi zawodówkę lub liceum pedagogiczne. Do liceum pedagogicznego nie chciałam iść, bo panicznie bałam się, że po ukończeniu szkoły wyślą mnie na jakąś zabitą deskami wioskę daleko od rodziny. W tym czasie istniały nakazy pracy i młodymi nauczycielami zapychano wszystkie dziury kadrowe w tym zawodzie. Komunikacja w tamtym czasie była bardzo słaba i nie do wszystkich wiosek dojeżdżały autobusy. W miastach była stara kadra nauczycielska i nie było możliwości zatrudnienia, z resztą i tak, by mi nikt w tamtym czasie nie pomógł. Byłam potrzebna w domu do pomocy mamie i swojemu młodszemu rodzeństwu. Zdecydowałam się na dwuletnią zawodówkę elektryczną, a po jej ukończeniu miałam uzyskać małą maturę. (CDN).

Krystyna Tomaszewska

fot. Krystyna ze szkolną koleżanką
archiwum prywatne

Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Kamil Onyszk
Oceń artykuł:

(0)