Poniedziałek, 23 lipca 2018. Imieniny Sławy, Sławosza, Żelisławy

Podziel się:

Podziel się:

Doczekałam się po 60-ciu latach powtórki z historii

Codzienność uczniowska była kiedyś zupełnie inna niż dziś. Dzieci dzielono na lepsze i gorsze, a przed każdą lekcją odmawiano modlitwę. Przeczytajcie kolejną część wspomnień lidzbarczanki, Krystyny Tomaszewskiej, która właśnie rozpoczęła naukę w "Jedynce".

Pierwszy września był uroczystym dniem we wszystkich szkołach. Zgromadziliśmy się wszyscy na boisku. Dokonano segregacji i wyczytano, które dzieci są przydzielone do klas A i B, oraz przedstawiono wychowawców. Potem poszliśmy do naszych klas w szkole. Po odmówieniu modlitwy wychowawca wyjaśnił jakie będą potrzebne zeszyty, książki i inne przybory. Podręczniki były już częściowo przygotowane, należało tylko na drugi dzień przynieść pieniądze. Dystrybucją zajęła się szkoła, ale niestety niektórych podręczników brakowało. Na koniec spotkania także odmówiliśmy modlitwę, a następnie wraz zresztą uczniów zgromadziliśmy się na boisku. Ustawiliśmy się dwójkami i wszyscy, wraz z kierownikiem szkoły i nauczycielami, poszliśmy do kościoła na uroczystą mszę świętą, na której zgromadziła się cała ucząca się młodzież lidzbarska. Tak zakończył się pierwszy dzień rozpoczynający nowy rok szkolny.

Przed niedzielną mszą świętą zawsze najpierw gromadziliśmy się w szkole. Następnie wraz z nauczycielami szliśmy dwójkami na godz. 9-tą do kościoła. Trwało to do czasu, kiedy pozdejmowano krzyże w klasach i zabroniono nauczycielom i młodzieży w sposób zorganizowany chodzić do kościoła oraz odmawiać modlitwy przed i po zakończeniu lekcji. My jednak nie zaprzestaliśmy się modlić, ale robiliśmy to, kiedy jeszcze nauczyciela nie było w klasie, a do kościoła chodziliśmy indywidualnie - kościół był zawsze pełny młodzieży.

Celowo wcześniej użyłam słowa segregacja, bo tak to właśnie wyglądało. W klasie A były dzieci ówczesnych urzędników, nauczycieli, lekarzy i innych, tzw. inteligencji. Klasa B była zapełniona dziećmi rzemieślników, robotników, chłopów, autochtonów i dzieci starszych o 2 lub 3 lata, które z powodu wojny musiały przerwać naukę. My, chociaż byliśmy dziećmi, wyczuwaliśmy ten podział i szczerze nie lubiliśmy tych z klasy A; jak tylko nadarzała się okazja to podstawialiśmy im nogi. Oni także nas popychali i dokuczali nam, jednak nas trzymano krótko - im można było wiele, a i oceny były niesprawiedliwe. Warto wspomnieć, że powszechne było stosowanie kar cielesnych przez nauczycieli.
Dzisiaj rano włączając radio usłyszałam zdumiewającą informację o problemie segregacji dzieci w niektórych szkołach. W dzisiejszej rzeczywistości? No coś takiego! Doczekałam się po 60-ciu latach powtórki z historii. Mogę sobie wytłumaczyć takie postępowanie zaraz po wojnie tym, że kadra nauczycielska była przedwojenna, trochę stronnicza, nieprzygotowana do masowego nauczania wszystkiej młodzieży. Jednak dziś, gdy nauczycielami są w większości dzieci lub wnuki nauczycieli, którzy zdobywali wykształcenie w okresie powojennym, czyli dzieci robotników i chłopów – jest to niepojęte. Wytworzyła się jakaś nowa klasa dorobkiewiczów, która obrosła w piórka i nie szanuje innych. Tak w demokracji nie może być i nauczyciele, którzy o tym zapominają i ulegają niezdrowym zachciankom niektórych rodziców, nie powinni uczyć wcale.
Dziwnie się złożyło, że opisując wspomnienia dotyczące innego okresu słyszę o podobnym problemie. Zadra segregacji tkwi we mnie do dnia dzisiejszego.
Bardzo dobrze, że media nagłaśniają sprawę. Zawsze twierdziłam, że jest to wina nauczycieli, a przede wszystkim kierownika szkoły, bo nie można dzielić dzieci według statusu materialnego rodziców, a tym samym pogłębiać w nich przekonanie, że są gorsze od innych.
Wróćmy jednak do wspomnień. Bardzo się ucieszyłam, że w mojej klasie znalazła się Brygida L. i Józek M., ten sam chłopiec, który nas przewiózł furmanką z rampy kolejowej po przyjeździe do Lidzbarka. Z Brygidą siedziałyśmy razem w jednej ławce. Wszyscy w klasie, pomimo różnicy wieku, lubiliśmy się i nawzajem wspieraliśmy. Stosunki między klasami poprawiły się dopiero w klasie szóstej i siódmej.
W szkole istniała organizacja młodzieżowa harcerstwo, ale rodzice nie pozwolili mi do niej wstąpić. Pozwolili natomiast zapisać się do Krucjaty Eucharystycznej – kościelnej organizacji młodzieżowej, która pod nakazem władz została rozwiązana, gdy zdejmowano krzyże w klasach i zabroniono odmawiania modlitw. Były to początki wcześniej zaplanowanego laickiego wychowywania młodzieży.
W listopadzie 1950 roku urodził się mój drugi braciszek Leon. Miał mieć na imię Leonard, ale przy chrzcie coś pokręcili i w księgach zostało zapisane imię Leon. Bardzo się bałam o mamę, bo chorowała na serce i nękały ją omdlenia. Kiedy zaczął się poród ojca nie było w domu. Był w delegacji służbowej. W tym czasie pracował jako zaopatrzeniowiec w melioracji i przebywał gdzieś na Żuławach, które w związku z działaniami wojennymi były w większości zalane wodą morską. Tamy były pozrywane, pompy uszkodzone, a ponieważ jest to teren depresyjny woda wdarła się na niżej położone tereny. Wobec tego to ja musiałam wezwać karetkę do rodzącej mamy. Była noc, a telefonu w domu nie było. Całe szczęście, że pogotowie było niedaleko. Pobiegłam czym prędzej i wróciłam karetką, która potem zabrała mamę do szpitala.
Rano zebrałam przygotowane rzeczy dla niemowlaka i z Bogdanem poszliśmy dowiedzieć się, czy mama już urodziła. Odetchnęłam z ulgą, gdy dowiedziałam się, że wszystko jest w porządku, a mama i braciszek czują się bardzo dobrze.
Zdążyłam jeszcze Bogdana odprowadzić do przedszkola, a sama wróciłam do domu. Tego dnia nie poszłam do szkoły, bo aż do powrotu mamy ze szpitala musiałam opiekować się młodszym bratem. Chociaż sama byłam jeszcze dzieckiem, miałam dopiero 13-lat, doskonale sobie ze wszystkim poradziłam nie opuszczając więcej szkoły... (CDN)

Krystyna Tomaszewska

FOT. Klasa Krysi, 7B, na schodach prowadzących do "Jedynki"
archiwum prywatne
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Kamil Onyszk
Oceń artykuł:

(0)