Sobota, 20 stycznia 2018. Imieniny Fabioli, Miły, Sebastiana

Podziel się:

Podziel się:

W Lidzbarku Warmińskim odnaleźliśmy nowy dom

W wieku 10 lat nie zdawałam sobie sprawy z wydarzeń politycznych i gospodarczych, jakie się działy. Były to troski i zmartwienia ludzi dorosłych, jak również decyzje przez nich podejmowane. Cieszyłam się z wyjazdu i bardzo nie mogłam się go doczekać...

Byłam bardzo ciekawa jak wygląda miasto, które ojciec wybrał. Muszę zaznaczyć, że nie wyjeżdżaliśmy w ciemno. Przedtem tata wybrał się w podróż na zachód, tak się wówczas mówiło, i odwiedził po drodze kilka miast zanim zdecydował się w jakim nasza rodzina się osiedli. Brał również pod uwagę zdrowie mamy, ponieważ była po zawale. Zależało mu, aby to nie było zbyt duże miasto, bez dużego przemysłu, ale spokojne i pełne zieleni.

Wreszcie nastąpił niecierpliwie oczekiwany dzień wyjazdu. Dojechaliśmy wozem, z całym inwentarzem, do Białej Podlaski. Wagon towarowy był już podstawiony na bocznicy kolejowej. Pół wagonu przeznaczono dla zwierząt, natomiast my urządziliśmy się w drugiej części.

Nikt nie wiedział jak długo będziemy jechać, a po drodze nie było możliwości zaopatrzenia się brakującą wodę czy żywność, dlatego majątek, który wieźliśmy ze sobą nie był zbyt wielki.

Chodziły wieści, że domy są umeblowane i nie potrzeba targać ze sobą żadnych gratów, ale brakuje zwierząt. Wobec tego rodzice zakupili osiemnaście prosiąt, dwie krowy, dwie kozy, dwadzieścia kur, pieska i nasze dwa koty, które obowiązkowo trzeba było zabrać, bo myszy i szczury rozpanoszyły się wszędzie.

Nie wspomniałam wcześniej ile osób liczyła nasza rodzina. Drugiego lutego 1946 roku urodził się mój braciszek, któremu nadano imię Bogdan. Był bardzo ślicznym dzieckiem, niesprawiającym żadnych kłopotów wychowawczych. Obok domu w Łomazach mieliśmy niewielki ogródek z kwiatami, a przy oknach rosły bzy. Przez całe lato, a były to bardzo ciepłe lata 1946/47 roku, mama wystawiała wózeczek z Bogdanem pomiędzy bzami. Nie dość, że był cały czas na świeżym powietrzu, to również był pięknie opalonym blondynkiem. Miał zawsze uśmiechniętą buzię i piękne, duże, błyszczące, chabrowe oczy, które również się uśmiechały - widać było, że dziecko jest zadowolone i zdrowe. Bardzo kochałam swego braciszka i pomagałam mamie w jego wychowywaniu.
W późniejszych latach, kiedy był już dorosłym mężczyzną, nasze relacje nie zmieniły się i zawsze mogliśmy na sobie polegać. Kiedy go wspominam, to nie mogę powstrzymać łez i żalu, że tak wcześnie odszedł.

Wróćmy jednak do naszego wyjazdu. Do Lidzbarka Warmińskiego przyjechaliśmy w sierpniu 1947 roku. Podróż trwała cztery doby. Nasuwa się pytanie dlaczego tak długo, bo dziś samochodem w ciągu niecałych ośmiu godzin można pokonać tę trasę. Auta ciężarowe już w tym czasie były, ale bardzo mało. Podstawowym środkiem transportu w tamtym okresie była kolej. Masa ludzi przemieszczała się z miejsca na miejsce i kolej była przeładowana i często trzeba było długo czekać na bocznicach kolejowych, aż uformuje się odpowiedni skład w danym kierunku. Do składów dołączano tyle wagonów, ile mogła uciągnąć lokomotywa parowa.

Wreszcie dotarliśmy do celu. Nasz wagon zatrzymał się przy rampie kolejowej. Ojciec rozsunął drzwi i wyszliśmy na zewnątrz. Z ciekawością i bijącym sercem rozglądałam się wokół, jak to miasto wygląda. Niewiele można zauważyć z rampy kolejowej, ale moją uwagę zwróciła olbrzymia wieża. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam i nie wiedziałam do czego służy, bo niby skąd właściwie miałam wiedzieć - pierwszy raz w życiu świadomie jechałam koleją i wiele budowli, które mijaliśmy po drodze, było dla mnie nowością. Zasypywałam rodziców pytaniami, a oni cierpliwie odpowiadali na moje spostrzeżenia.

Wreszcie tata oświadczył, że idzie załatwić jakiś transport, abyśmy mogli cały nasz dobytek przewieźć do domu. Po niecałych dwóch godzinach zajechał pod nasz wagon duży drabiniasty wóz, zaprzężony w dwa ładne, kare konie. Woźnicą był chłopiec niewiele starszy ode mnie, lecz znający się na rzeczy. Umiał obchodzić się z końmi i powozić, więc zaraz zyskał moje uznanie, że taki młody, a tyle już umie. Szybko uwinięto się z przeładunkiem na wóz. Na wozie jechały: prosięta, kury, koty, pies, mój braciszek i inne pozostałe rzeczy, natomiast do wozu uwiązane były krowy i kozy. My szliśmy obok piechotą. W ciągu około 50-minut dotarliśmy z całym tym majdanem do domu.

Po drodze mijaliśmy murowane, parterowe, jedno i dwupiętrowe domy oraz po lewej stronie drewniany kościół. Przejechaliśmy pod bramą gotycką, która połączona z murami obronnymi była jednym z wjazdów do miasta. Dowiedziałam się o tym później, ale w tamtym czasie stanowiło dla mnie wielką niewiadomą. Idąc dalej, po prawej stronie w głębi ulicy, zauważyłam piękny olbrzymi kościół, a po drugiej stronie rzeki Łyny – zamek. Wszystko z czerwonej cegły w stylu gotyckim.

Dech mi zaparło z wrażenia. Budowle, które widziałam pierwszy raz w życiu, były bardzo dobrze widoczne, ponieważ całe centrum, począwszy od bramy, było zrujnowane. Wszędzie leżały kupy gruzu. Część domów zachowała się, ale wśród tego rumowiska wyglądały jak rodzynki w cieście. Zachowała się również część budynków przylegająca do bramy i naprzeciwko zamku, i po lewej stronie rzeki Łyny, dosłownie na jej samym brzegu, ciąg domków parterowych z nadbudowanymi poddaszami, budowane metodą zwaną murem pruskim. Domki te dotykały zabudowań klasztoru sióstr pod wezwaniem św. Katarzyny. Zachował się również ciąg budynków usytuowany wzdłuż, od obecnego ratusza, do przejścia między budynkami i część budynku z podcieniami - za przejściem.

Prawdopodobnie wszystkie te domy wysadzili w powietrze Rosjanie. Z opowiadań Lidzbarczan, którzy nie zdecydowali się na wyjazd wiem, że linia frontu przebiegała dalej - w mieście nie było żadnych walk.

Do końca nie wiem czy to prawda, ponieważ w różnych częściach miasta były groby żołnierzy radzieckich, które zostały zlikwidowane, gdy podjęto decyzję o ekshumacji i pochowano wszystkich w jednym miejscu na utworzonym cmentarzu poległych żołnierzy radzieckich. CDA

fot. Zrujnowane centrum Lidzbarka Warmińskiego tuż po zakończeniu wojny
fot. Z archiwum Tomasza Piątka
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Kamil Onyszk
Oceń artykuł:

(0)