Czwartek, 19 kwietnia 2018. Imieniny Alfa, Leonii, Tytusa

Podziel się:

Podziel się:

Powolny powrót do nornalności

Publikujemy dziś szóstą część wspomnień lidzbarczanki, Krystyny Tomaszewskiej. Wojna właśnie się skończyła, ale to dopiero początek nowego życia w wyzwolonym kraju. Rodzina pani Krystyny powoli szykuje się do wyjazdu na ziemie odzyskane.

Stara to i powtarzająca się historia, jak zwykle w takich przypadkach nie brakowało szabrowników, którzy w tym bałaganie powojennym postanowili się wzbogacić. Najbardziej jednak obładowani łupami wracali do domów żołnierze sowieccy.

Wagony były załadowane najprzeróżniejszymi towarami. Wieziono: ubrania, pościele, naczynia, meble, żyrandole, obrazy, różne urządzenia i maszyny z fabryk, rowery, pozakładane na rękach zegarki, a na szyjach różnego rodzaju biżuterię. Zabierano nawet porozbierane linie kolejowe i szyny, które również jechały na wschód.

Rosyjskie transporty przed przekroczeniem granicy zatrzymywały się w Terespolu i widać było te wszystkie łupy wiezione na rodinu. Jednego nie mogli zgromadzić i wywieść, a mianowicie żywności, ponieważ nie było już żadnych zapasów - okupacja hitlerowska i armie, które przetoczyły się przez Polskę w jedną i drugą stronę, dokładnie wyczyściły wszelkie magazyny i spichlerze.

Całe szczęście, że chłopi polscy z narażeniem życia ukrywali w lasach, w ziemiankach na bagnach, płody rolne i zwierzęta. Im zawdzięczamy to, że pola częściowo zostały obsiane, a ukryte zwierzęta posłużyły, jako stada podstawowe celem rozmnożenia – przynajmniej na początku odzyskanej wolności i tak było tego wszystkiego za mało.

Królował handel wymienny. Polacy do transportów wynosili słoninę, mięso, wędliny i masło, a w zamian Rosjanie oferowali rzeczy wiezione z Niemiec. Takim to sposobem, mama 2 kg słoniny wymieniła na dwuzakresowe niemieckie radio. Nowiutkie, jeszcze nieużywane, bo w Łomazach jeszcze nie było prądu, stało na razie nieużyteczne.

Zaraz po zakończeniu działań wojennych i podpisaniu przez Niemcy kapitulacji, w ramach pomocy organizacji UNRRA, zaczęły ze Stanów Zjednoczonych Ameryki, przypływać statki ze zbożem, bydłem, końmi, paczkami żywnościowymi, ubraniami i lekami zwalczającymi panującą wszawicę, świerzb i inne choroby wywołane brakiem higieny osobistej, spowodowane trwającą wojną. Rozdzielaniem tych rzeczy zajmowały się gminy, szkoły i specjalnie powołane do tego celu urzędy.

W szkole prawie wszystkim dzieciom sypano na głowy proszek dedete, stosowany wówczas również przeciw wszom. Nie chcę się chwalić, ale ja tego problemu nie miałam - mama bardzo dbała o higienę i nosiłam włosy krótko ścięte. Miałam z tego powodu do mamy pretensje, bo zawsze marzyły mi się warkocze.

Nigdy w domu nie brakowało mydła, choć było na kartki. Mama znała recepturę produkcji i z różnych tłuszczy sama je produkowała. Ze szkoły zdarzało się przynieść nieproszonych gości, ale raz na tydzień zawsze była generalna kąpiel. Trzeba było nanieść wody wiadrami ze studni, nagrzać kocioł na kuchni węglowej i dopiero cała rodzina kąpała się w drewnianej balii. Latem kąpaliśmy się częściej, w rzece. Łazienek nie było, nie mówiąc już o wodzie płynącej z kranu i do tego jeszcze ciepłej.

W szkole codziennie podawano nam po dwie łyżki stołowe tranu. Do dziś, gdy to wspominam, czuję jego ohydny smak. Ze szkoły dostałam dwie nowe sukienki - jedną z delikatnej wełenki na zimę i jedną letnią. Raz otrzymaliśmy też 10 kilogramową paczkę żywnościową dla całej rodziny. Pewne artykuły żywnościowe były nowością, ponieważ pierwszy raz w życiu widziałam i spróbowałam: proszkowane mleko i jajka, mąkę kukurydzianą oraz różnego smaku napoje gazowane w saszetkach, zupy w torebkach i olej kokosowy. Na początku nie wiedzieliśmy jak tego używać i co to jest, ale wkrótce wszystko się wyjaśniło.

Dalej mieszkaliśmy w Łomazach i trzeba było z czegoś żyć. Mama zajęła się handlem, a ojciec reperował buty. Sąsiedzi już dawno powyjeżdżali na ziemie odzyskane, a moi rodzice ciągle wierzyli, że Polska będzie w starych swoich granicach i wrócą do swego ukochanego Brześcia.

Niestety nie spełniły się ich nadzieje. Wreszcie uwierzyli, że tak już zostanie i należy szukać sobie miejsca w nowych granicach Polski. cdn.

Krystyna Tomaszewska
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Kamil Onyszk
Oceń artykuł:

(0)