Czwartek, 20 września 2018. Imieniny Eustachego, Faustyny, Renaty

Podziel się:

Podziel się:

Mateusz Baliński o Megavalanche

Na polskiej scenie rowerowej znajdziemy kilka inspirujących osób. Jedną z nich bez wątpienia jest Mateusz Baliński. Młody zawodnik enduro zdążył już przyzwyczaić nas do tego, że nie tylko konsekwentnie dąży do celu i osiąga świetne wyniki, ale również inspiruje. Jeśli jego karierę mielibyśmy zamknąć w jednym powiedzeniu, to byłoby to: "jeśli uważasz coś za niemożliwe, to usiądź z boku i patrz jak to zrobię". Potwierdzeniem tego może być ostatnia akcja związana z wyjazdem na kultowe zawody Megavalanche. Poznajcie historię startu w kultowym Megavalanche, która została napisana dzięki crowd-foundingowej zbiórce.

Hej Mateusz, jak tam samopoczucie?

Mateusz Baliński: Bonjour! Jest dobrze! Choć potrzebowałem trochę wolnego od życia w mediach społecznościowych. Urlop ten przypieczętowałem samotnym weekendem w górach. To kolejny bardzo prężny sezon. Z każdym kolejnym rokiem staram się podnosić poprzeczkę i brnąć coraz dalej w tym sporcie.

Niedawno zaliczyłeś kolejny z punktów na twojej liście „to do”. Zadowolony?

Mogę śmiało przyznać, że to mój największy sukces w życiu. Odkąd pierwszy raz natknąłem się na filmiki z zawodów Megavalanche, wiedziałem, że będę dążył do tego, by móc ścigać się w ten sposób. Nawet oglądając je w necie mój poziom adrenaliny wzrastał. Teraz, po tych wszystkich wydarzeniach, wzrasta jeszcze bardziej. Na fenomen tego wyścigu składa się wiele czynników. Ciężko to opisać, to trzeba przeżyć. Nigdy wcześniej nie byłem tak daleko od domu i tak wysoko w górach. Naprawdę wątpiłem wtedy, że może mi się to udać. Dzisiaj wiem, że warto pracować na swoje marzenia, nawet jeśli wydają się być poza zasięgiem. Do tej pory nic innego nie przyniosło mi tak ogromnej satysfakcji, spełnienia i motywacji do dalszych realizacji!

To nie był Twoje pierwsze zawody Megavalanche, jak poszło teraz?

Wracając myślami do tego dnia czuję niedosyt i wiem, że stać mnie na więcej. Z drugiej strony na tym wyścigu bardzo łatwo o defekt, o błąd swój albo innych, bo przypomnę, że w tym wyścigu na sygnał ze startu ruszyło 349 innych zawodników. Ostatecznie 23. edycję zawodów Megavalanche ukończyłem na 44. pozycji w klasyfikacji ogólnej (łącznie w całych zawodach wystartowało około 1500 zawodników) i 18. w swojej kategorii.

Pogadajmy o samej trasie tegorocznego Megavalanche – jak wyglądała?

Niewiele się zmieniło w stosunku do poprzedniego roku, ale było kilka nowych odcinków. Całą trasę można podzielić na 3. części. Pierwszy to odcinek, na którym leży śnieg. Od pogody zależy, jak dużo go będzie na samym wyścigu. W tym roku było go dość dużo i jechaliśmy po śnieżnej autostradzie, ale np. w zeszłym już go było mniej i zjeżdżając było można trafić na "placki" skał.

Który fragment wyścigu był dla Ciebie najtrudniejszy? Dlaczego?

Bez wątpienia był to start wyścigu i pierwsze dwie ściany stoku narciarskiego, które nawet zimą z nartami na nogach mogłyby niektórym sprawiać problem. Tylko w wielkim finale Megavalanche, czyli w pierwszej 350. osobowej grupie jest on wyratrakowany i leci się pełnym piecem. Tego dnia nie było wcale zimno i jednak opony zapadały się, tworząc koleiny. Ten fakt nie pozwalał jechać zbyt pewnie, szczególnie przy prędkości 80km/h, którą pokazywała mi Strava. Bardzo dobrze poszły mi kwalifikacje, więc startowałem z początku grupy, mając ponad 300. wariatów za plecami. Z drugiej strony nie jest to komfortowe uczucie :). Trzeba po prostu puścić heble i przymknąć oczy. Ja w tym fragmencie trochę wymiękłem, straciłem kilka pozycji, przez co później, gdy robi się wąsko, sporo tracę. Nie mogę jechać swoim tempem, bo muszę jechać za innymi, którzy mieli po prostu większą odwagę puścić się na śniegu, ale są słabsi technicznie i kondycyjnie na dalszej części trasy. Muszę to poprawić przed kolejną edycją, bo mając mniej ludzi do wyprzedzania, mogę uzyskać sporo lepszy wynik.

Co oprócz niezłej wyrypy fizycznej przywiozłeś z Megavalanche? Jakieś refleksje?

To, że jestem tylko i aż człowiekiem. Uwierzyłem w swoje możliwości. W to, że mam szansę nawet na dość wysokim poziomie walczyć o dobre wyniki. W to, że mam ogromne wsparcie od ludzi i cały czas mam je od najbliższych. W to, że nie tylko wynik musi się liczyć i w to, że mogę stworzyć wyjątkowy zespół z osób, które tak naprawdę zawsze miałem przy sobie. Odczułem też wartość wykonanej pracy. Sukces to kwestia czasu, ale tylko wtedy, gdy stoi za tym odpowiedni wysiłek i poświęcenie skierowane w stronę realizacji wyznaczonego celu. Przekonałem się również, że nie jestem w stanie zrobić wszystkiego sam i warto liczyć na innych.

zdjęcia: Przemek Kita
redbull.com
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Marcin Dalecki
Oceń artykuł:

(0)